Strona główna
Newsy
Biografia
Dyskografia
Teledyski
Książki
Artykuły, wywiady
Galeria
Teksty piosenek
Znaczenia piosenek
Koncerty
Zdjęcia autorstwa BA
FAQ
Księga gości


AUTORZY:
Margo
tłumaczenia - współpraca:
Nancy
webmaster:
Victoria

© 2002
Żywot Bryana

Korespondencja własna z Niemiec

Tylko Rock, lipiec 1996

Co ten facet potrafi, przekonałem się na Rock Im Park w Monachium - dowodził pięćdziesięcioma tysiącami 
Niemców jak chciał. Panie dostają romantyczne ballady, panowie - chwytliwe rockowe numery. Wszyscy chodzą 
jak w zegarku - klaszczą w rączki, zapalają zapalniczki. Wódz jest bez munduru. Wódz jest w srebrnej koszuli. 
Bryan Adams.

IS: Na 18 Til I Die, twoją nową studyjną płytę kazałeś nam czekać kilka lat. Wygląda na to, że postanowiłeś 
przeczekać burzę popularności wywołaną poprzednim albumem, Waking Up The Neighbours. Ale chyba nie 
siedziałeś z założonymi rękami przez cały czas?

BA: Wszyscy mnie pytają o tych pięć lat, że niby miałem wakacje. Ale fakty są takie, że zagrałem dwie światowe 
trasy koncertowe, zrobiłem składankę swoich najlepszych kawałków, nagrałem dwie ścieżki dźwiękowe 
do filmów. Przygotowywałem też materiał na nową płytę i znajdowałem jeszcze czas, żeby zjeść jakiś obiad 
raz na jakiś czas.

IS: Masz fanów na całym świecie. Czy znajdujesz czas na kontakty z nimi oprócz występów na żywo, a może 
w ogóle tego typu sprawy cię nie interesują?

BA: Ludzie przysyłają do mnie sporo listów i zadają w nich pytania. Na część listów odpowiadam sam, bo 
moi współpracownicy nie zawsze potrafią rozwiązać poruszane problemy. Mam z tego dużo radości i satysfakcji. 
Te  listy to mój jedyny kontakt z fanami. Jakoś nie mam nałogu wchodzenia w tłum i zbierania od ludzi adresów.

IS: Ponoć zawsze chciałeś grać rock'n'roll. Czy przypominasz sobie takie momenty w swoim muzycznym życiu, 
kiedy czułeś się zagubiony, nie wiedziałeś, w jakim kierunku iść?

BA: Nie, naprawdę nie. Czasem tylko trzeba było sobie zdać pytanie, czy realizacja jakiegoś pomysłu jest 
możliwa, czy nie? Miałem jednak i mam to szczęście, że zawsze pracowałem z bardzo utalentowanymi ludźmi. 
Udało mi się zebrać wokół siebie niezłą ekipę - dobry zespół, dobrego producenta.

IS: Ale w pewnym momencie wybrałeś współpracę z muzykami sesyjnymi.

BA: Czasem angażuję różnych ludzi do jakichś konkretnych projektów. Teraz jednak gram ze swoim stałym 
zespołem. Podstawowy skład przy nagrywaniu moich płyt to zwykle ci sami ludzie.

IS: Na niektórych zdjęciach z koncertów widziałem cię bez gitary. Czy był taki okres w twojej karierze, gdy 
odrzuciłeś swój ulubiony instrument?

BA: Nie było. Widocznie akurat poszła mi struna, skoro ktoś zdołał sfotografować mnie bez gitary. Ale, 
poważnie mówiąc, wszystko zależy od kawałka. Wykonujemy na koncertach kilka takich utworów, w których 
nie gram na gitarze. Musisz dzisiaj zobaczyć mój występ.

IS: Taki mam zamiar...

BA: A wcześniej słyszałeś mnie na żywo?

IS: Szczerze mówiąc nie...

BA: O stary, musisz częściej ruszać tyłek z domu.

IS: Biorę sobie tę radę do serca. Zdarzało ci się pisać o w miarę osobistych sprawach, jak w tekście Summer 
Of The 69. Co z nowš płytą, nowymi tekstami - tylko wyobraźnia, czy może również własne doświadczenia?

BA: Na 18TID jest parę bardziej osobistych momentów. Na przykład całkiem poważny tekst (I Wanna Be) 
Your Underwear. Jak dla mnie to bardzo wzruszająca i sentymentalna piosenka. Wcale nie taka lekka 
i swawolna, jak by się mogło zdawać.

IS: A sam utwór tytułowy - 18Til I Die? Jakaś mocna pochwała młodości.

BA: Taka prosta prawda. Że liczy się nie to, jak wyglądasz, tylko to, jak się czujesz w głębi duszy. Właśnie 
twoje wnętrze decyduje o tym, ile masz lat.

IS: Myślisz, że łatwo jest mieć 18 lat do końca życia?

BA: Kto wie, to wszystko oczywiście metafora. Znam sporo starszych ludzi, którzy majś o wiele szerzej otwarte 
umysły i bardziej wyzwoloną duszę niż niektórzy goście w moim wieku, czy młodsi. Może to trochę jest tak, 
że im człowiek starszy, tym młodszy. Może to trochę dziwnie brzmi, ale w moim osobistym przekonaniu ma 
to sens. 18TID mówi także o wolności w takim bardziej rock'n'rollowym rozumieniu.

IS: Czy zdarzyło Ci się kiedyś napisać utwór bardzo osobisty, którego potem nie nagrałeś tylko dlatego, 
że zbyt mocno się w nim odkryłeś?

BA: Nie. Zawsze kiedy zauważam, że zaczynam przesadzać z otwartością, natychmiast sprowadzam się 
na ziemię. Koniec, cięcie, nie rozwijam tematu.

IS: Kilka razy nagrywałeś i występowałeś wspólnie z innymi wielkimi artystami. Jakie masz wspomnienia 
z tych przygód? Może zacznijmy od Tiny Turner.

BA: To było ekscytujące doświadczenie. Ekscytujące i mówiąc szczerze chyba dla mnie przełomowe. 
Tina wzięła mnie na trasę po Europie, po prostu mi pomogła. Zwłaszcza, że na rynku europejskim do tamtej 
pory nie byłem zbyt znany. Praca z Tiną to była dla mnie wspaniała szansa. Ale musisz pamiętać, że to był 
ten sam okres, kiedy ona nagrała Private Dancer. Śpiewaliśmy razem, jeszcze zanim Private Dancer ukazał 
się na rynku, zanim znowu stała się wielką gwiazdą. Ale kto wie, może gdyby nie wielki sukces tej płyty, 
zdecydowałaby się może na duet na przykład z Erikiem Claptonem, a nie z takim małym koleżką jak ja.

IS: A kiedy nagrywałeś z Rolling Stones, nie czułeś się trochę jak fan?

BA: Tak było. Pamiętam, jak Charlie Watts wszedł do naszej garderoby, rozejrzał się i powiedział: "O, 
przepraszam, to nie ten pokój". A my: "Nie, nie, wejdź Charlie, napij się z nami drinka." No i było bardzo 
sympatycznie. Oni w ogóle są fajni - prostolinijne, angielskie chłopaki. Byłem mocno zdziwiony, że Keith 
Richards jest tego samego wzrostu, co ja. Wygląda jak mój starszy brat. Keith to jeden z moich ulubionych 
gitarzystów. Oprócz niego wymieniłbym jednym tchem Chucka Berry'ego, Johna Forgety, Johna Lennona, 
Jamesa Tonny'ego Scotat z The Pretenders - proste, osadzone w rytmie granie. To są gitarzyści, którzy mnie 
inspirują.

IS: A ZZ Top, AC/DC? TOTTLGOMIY, pierwszy singiel z Twojej nowej płyty, przynosi gitarowe dźwięki jakby 
rodem z tych kapel.

BA: Niektórzy rzeczywiście mówią, że to tak brzmi. Pracowałem z ZZ Top i znam ich całkiem nieźle... 
Ale wiesz to chodzi o takie proste boogie. Wiele kapel tak gra - choćby Allman Brothers. To tylko rock'n'roll, 
man. I tyle.

IS: Luciano Pavarotti jest za to z zupełnie innej bajki.

BA: No tak, średni z niego rock'n'rollowiec. Luciano to nie rock, ale Luciano chce dawać czadu. Świetny 
makaroniarz. Wspaniała osobowość, wspaniały człowiek i pięknie śpiewa. Wciela się teraz w rolę muzycznego 
patrona - stara się w ramach jednego przedsięwzięcia łączyć diametralnie różnych artystów. Tego typu akcji nie 
wykonuje żaden inny przedstawiciel kręgów muzyki poważnej. Wykorzystuje swoją popularność do tworzenia 
rzeczy niezwykłych. I o to w muzyce chodzi - muzyka nie powinna być sformalizowana, w muzyce chodzi 
o przełamywanie granic. Luciano dobrze to robi.

IS: No i kolejne twoje przygody z innymi artystami - wspólna sesja ze Stingiem i Rodem Stewartem.

BA: Dwóch moich ulubionych wokalistów. Uważam się za szczęściarza, że mogłem z nimi pracować. Stinga 
znam od bardzo dawna, bodaj od 1980 roku. No i fajnie było się spotkać tak bardziej służbowo.

IS: Kilka lat temu zaprzestałeś współpracy z Jimem Vallancem. Pracowaliście razem tak długo - co 
się nagle stało?

BA: Wiesz, to tak jak z rozstaniem damsko - męskim. Nie wiadomo kto kogo rzucił. W tym przypadku 
inicjatywa należała raczej do Jima. Komponowaliśmy razem od wielu lat i przyszedł czas, żeby zacząć robić coś 
innego. Trzeba się było odświeżyć.

IS: Jednak Jim Vallance był chyba istotną osobą dla twojej kariery.

BA: Bardzo, bardzo ważna. Zaczynaliśmy razem od zera. Z początku nie miałem kasy nawet na autobus, żeby 
dojechać do Jima. Po latach mogliśmy sobie przybić piątkę i powiedzieć: "O rany, teraz możemy sobie pozwolić 
na samochody!" wcześniej na obiad jedliśmy same frytki. Rośliśmy razem, byliśmy jak bracia. Nadal uważam 
Jima za brata, chociaż kontakt trochę się urwał.

IS: Czy kiedy zaczynałeś współpracę z Johnem Muttem Langiem nie obawiałeś się, że ukierunkuje on twoje 
brzmienie i styl w stronę Def Leppard?

BA: Na Waking Up The Neighbours w pewnym sensie ukierunkował. On ma w głowie to brzmienie. Ale tym 
razem, przy robieniu 18TID, udało nam się zapanować nad sytuacją. Zrozumiał, że ma robić płyty ze mną 
i "pode" mnie, trochę zapomnieć o swojej muzycznej przeszłości.

IS: Pod koniec lat siedemdziesiątych zdecydowałeą, że nie będziesz tylko tekściarzem i kompozytorem, 
ale także wykonawcą. Kto, albo co wypchnęło cię na scenę z twoim Fenderem?

BA: To był chyba Elton John. Poszedłem na jego koncert Yellow Brick Road i było to jedno 
z najfantastyczniejszych przeżyć, jakie doznałem. Nigdy tego nie zapomnę. Elton John bardzo mnie 
inspirował, już od dziecka. Dzięki niemu zdecydowałem, że pora jednak wyjść na scenę.

IS: Twoja rodzina ma bogate tradycje wojskowe. Czy to prawda, ze chodziłeś do szkoły oficerskiej?

BA: Nie, ale wszyscy bardzo chcieli, żebym tam się uczył. Jestem bardzo dumny z mojej rodziny. Moi 
dziadkowie byli w armii brytyjskiej, walczyli dla dobra Ojczyzny. Jeden z nich brał udział w obu wojnach 
światowych. Do końca jego dni nie opuszczało go poczucie humoru. Kochał swój ogród, był bardzo 
dobrym człowiekiem.

IS: Jak reagujesz na przeróbki twoich kompozycji dokonywane przez innych wykonawców? Co czujesz 
słuchając ich wersji?

BA: Niektóre bardzo mi się podobają. Są takie, które uważam nawet za lepsze od moich oryginałów. 
Na przykład kilka lat temu ktoś zrobił dance'ową wersję Run To You - zupełnie inaczej potraktowali ten 
kawałek.

IS: Wspominając swoje własne doświadczenia - czy twoim zdaniem artyści z U.S.A, Wielkiej Brytanii 
i Kanady mają równe szanse dostać się na sam szczyt?

BA: Szczerze mówiąc wszędzie jest trudno. Nie wydaje mi się, żeby miejsce skąd pochodzisz, mogło 
otworzyć przed tobą wszystkie drzwi. Musisz mieć w sobie to "coś". Musisz złapać kontakt z publicznością, 
z kimś z branży, kto ci może pomóc. W pojedynkę nic nie zdziałasz.

IS: Twoja muzyka jest pełna radosnej energii. Czy łatwo przychodzi ci nagrywanie takich płyt, kiedy 
jednocześnie oglądasz wiadomości telewizyjne, kiedy patrzysz na ten niezbyt zabawny świat?

BA: Nie oglądam wiadomości. Serwisy informacyjne zawsze koncentrują się wyłącznie na wydarzeniach 
negatywnych, nigdy na pozytywnych. I dlatego nie zamierzam się nimi dołować.

IS: Piszesz o prostych sprawach w prosty sposób. Czy to jakiś zaplanowany wybór, decyzja z początków 
kariery?

BA: Pozwalam się prowadzić instynktowi. Możesz mi wierzyć, że nigdy nie było jakiegoś wielkiego 
strategicznego planu moich poczynań. Masz do czynienia z kolesiem, który się wyrwał z Vancouver, 
pisze i śpiewa piosenki.

IS: Sprzedano czterdzieści milionów twoich płyt. Trochę chyba na tym zarobiłeś. Ciągle czujesz się 
zwykłym kolesiem z podwórka?

BA: Nie oceniam spraw pod kątem, kto ile sprzedał płyt. Jeśli ludzie by nie wiedzieli, że dzisiaj gram koncert 
w Monachium, to mógłbym teraz spokojnie spacerować po tym mieście i jestem dziwnie pewien, że nikt 
by mnie nie rozpoznał.

IS: Zdajesz się nie zauważać nowych trendów w rocku. Czy rzeczywiście żaden z nich cię nie inspiruje?

BA: Musisz żyć w zgodzie z sobą, być ze sobą szczery, pozostawać wierny rzeczom, które lubisz. I tak, 
jak mówiłem wcześniej, trzeba zaufać instynktowi, poddać się czasem naturalnemu biegowi spraw.

IS: Kiedy patrzysz na gwiazdy rocka, widzisz zwariowane fryzury, przekombinowane stroje, taki nadludzki 
image. Tobie jakoś nie odbija w tym kierunku. Czemu?

BA: Z początku ubierałem się po prostu w to, co miałem. A nie miałem nic lepszego prócz koszuli i jeansów. 
Gdybyś się rozejrzał, to na pewno szybko byś spostrzegł lepsze i ładniejsze buty niż moje, lepszą i ładniejszą 
koszulę. Ale ja o tym za dużo nie myślę. Mam bardzo praktyczne podejście do życia. Trzymam się prostych 
rozwiązań.

IS: Czy starasz się znajdować w jakimś szczególnym miejscu, kiedy piszesz nowe utwory? Wiesz, zgodnie 
z zasadą, że otoczenie ma wpływ na obraz dzieła. 

BA: Część kawałków - gdzieś tak połowa - z nowej płyty była nagrywana na Jamajce. I tam też pisaliśmy 
materiał. Całkiem przyjemne i piękne miejsce do pracy. Takie warunki miałem chyba pierwszy raz w życiu. 
Zawsze komponowałem albo w domu, albo w jakiejś piwnicy, w której jechało kocimi szczynami. I trudno 
mi powiedzieć, co wychodzi na zdrowie moim piosenkom - piwnica, czy Jamajka. Chyba jednak nie miejsce 
decyduje o efektach.

IS: Brałeś udział w różnych akcjach charytatywnych. Chciałeś spłacić jakiś dług? Jak to się stało, 
że zająłeś się taką działalnością? 

BA: Myślę, że czasem artysta ma szansę uświadamiać ludziom pewne sprawy. Może nie zmieniać, ale 
uświadamiać - a to i tak wystarczy. Jeżeli masz coś do powiedzenia, to w porządku. Ale bez 
kaznodziejstwa! Kto lubi ludzi, którzy trują bez sensu?! Nie jestem związany z żadną organizacją, wolę 
brać sprawy w swoje ręce. Kiedy wpada mi do głowy jakaś idea, zawsze mogę zadzwonić do Greenpeace, 
czy IFOR i wiem, że moje zdanie będzie się tam liczyło.

IS: Jakie ostatnio akcje zainicjowałeś?

BA: Sporo czasu w zeszłym roku poświęciłem nagłośnieniu problemu strefy ochronnej dla wielorybów. Wiesz, 
Antarktyka i cały ocean wokół. Próbowaliśmy wywierać nacisk na różne rządy wysyłając listy protestujące 
przeciwko wybijaniu wielorybów. Rozesłano siedemset pięćdziesiąt tysięcy pocztówek - wśród ich autorów 
było wielu moich fanów. W końcu z drugiej strony zaczęły przychodzić błagalne listy: "Bardzo prosimy, nie 
przysyłajcie nam już więcej pocztówek!"

IS: Czy potrafisz sobie wyobrazić, że pewnego dnia skończysz z graniem, wrócisz do domu i zaczniesz 
pracować na przykład w firmie wynajmujścej samochody?

BA: Akurat biuro rent-a-car byłoby chyba najgorszym miejscem, jakie potrafię sobie wyobrazić. Ale kto wie. 
Czasem rzeczywiście się nad tym zastanawiam. Na razie jednak jestem bardzo zadowolony z mojej pracy. 
Jestem piosenkarzem. Wiesz, na czym polega moja praca? Na uszczęśliwianiu ludzi.

Rozmawiał: Igor Stefanowicz